Najnowsze komentarze

    Zabytkowe głazy narzutowe

    Tropy neandertalczyków. Sensacyjne odkrycie, tylko co z tego?

    Tropy neandertalczyków. Sensacyjne odkrycie, tylko co z tego?

    Trop z Le Rozel. Fot Dominique Cliquet

    To z pewnością jest sensacyjne znalezisko: ze stanowiska Le Rozel w Normandii opisano ponad 250 zachowanych w skamieniałym mulistym piasku odcisków stóp ludzkich (a także, co może jeszcze ciekawsze, 8 odcisków rąk), które z dużym prawdopodobieństwem przypisano neandertalczykom. Ten zbiór zawiera 5 szlaków, w każdym 2 lub 3 odciski stóp, reszta to izolowane ślady. Na tym samym stanowisku znaleziono też 6 szlaków pozostawionych przez zwierzęta. Tym samym liczba znanych tropów neandertalskich wzrosła ponad 25-krotnie (!) – to nie tylko największy zbiór neandertalskich śladów pozostawionych przez idące osobniki (wcześniej opisano zaledwie dziewięć ich tropów i to z czterech różnych stanowisk), ale w ogóle wszystkich homininów, po których pozostały te tak rzadkie przejawy praludzkiej aktywności.

    Skąd wiadomo, że są to tropy neandertalskie? W Le Rozel nie znaleziono żadnych szczątków ludzkich (kości lub zębów), więc bezpośrednich dowodów brak. Są jednak pośrednie przesłanki i to niemało. Po pierwsze wiek znaleziska – ok. 80 tys. lat – wskazuje na czasy, kiedy Europę zamieszkiwał tylko jeden gatunek homininów – neandertalczycy właśnie (wymarli 41 tysięcy lat później, przed 39 tysiącami lat, a Homo sapiens przybył na nasz kontynent nie wcześniej niż 45 tysięcy lat temu). Po drugie – w Le Rozel znaleziono nie tylko odciski stóp, ale także liczne narzędzia kamienne kultury mustierskiej, a takie wykonywali tylko neandertalczycy. Po trzecie wreszcie najlepiej zachowane odciski pokazują stopy szersze i słabiej wysklepione niż u ludzi współczesnych, co zgadza się z sugerowaną przez znaleziska kostne anatomią stóp neandertalskich.

    Ludzkie tropy są rzadkie, dużo rzadsze niż inne szczątki kopalne (kości, zęby, narzędzia kamienne, nawet sztuka) stąd i waga tego znaleziska. Inaczej jest np. z dinozaurami – ich tropy znacznie przewyższają liczbę kości lub zębów. Najbardziej znane znaleziska praludzkich tropów pochodzą z Laetoli w Tanzanii (te są najstarsze, bo liczą sobie aż 3,7 mln. lat), z Ileret w Kenii (sprzed 1,5 mln lat, przypisywane Homo erectus) i odkryte niedawno przez polskich naukowców tropy z Trachilos na Krecie (jeszcze starsze, bo sprzed 5,7 mln. lat, choć ich homininowy status jest niepewny). Tak naprawdę ludzkie tropy stają się częste dopiero w czasach holoceńskich (ostatnie 11,5 tys. lat) i wszystkie, rzecz jasna, należą do naszego gatunku. Wiele z nich, co też nie dziwi, pozostawione zostały przez obute stopy. W sumie przedholoceńskich stanowisk z ludzkimi tropami jest ok. 40, w tym większość słabo zachowanych i z nielicznymi tropami.

    Stanowisko archeologiczne w Le Roizel znane jest od lat 60. ub. wieku, ale tropy ludzkie odkryto tam dopiero w 2012 roku. Odciski zachowały się w dobrym stanie, gdyż od razu po ich utworzeniu zostały przysypane osadami eolicznymi (naniesionymi przez wiatr) z obficie występujących na tym terenie wydm. Występują w pięciu odrębnych poziomach, z których każdy reprezentuje bardzo krótki odcinek czasowy; jeden z nich jest najbogatszy i zawiera ok. 80 procent wszystkich śladów. Ich rozmiary są bardzo różne i wahają się od 11,4 do 28,7 cm długości, co odpowiada wysokości osobników od 73,8 do 184,3 cm. Ogromna większość pozostawiona została przez osobniki młode – dzieci lub nastolatki (te stanowią ponad 90 procent śladów) i tylko kilka przez dorosłych. Najmniejsze z nich pozostawiło dwuletnie dziecko, które dopiero co nauczyło się chodzić. Wszystkie odciśnięte zostały przez bose stopy, co jest typowe dla neandertalskich śladów, nawet tych znalezionych w jaskiniach. Jest to o tyle zastanawiające, że neandertalczycy niemal na pewno okrywali się skórami, więc i z wytwarzaniem prymitywnego obuwia nie powinni mieć problemu. A zimy w epoce lodowcowej musiały być bardzo mroźne.

               Tropy z Le Rozel. Fot. Dominique Cliquet, z Anthropology.net

    Autorzy i komentatorzy znaleziska z Le Rozel zgodnie podkreślają, że najważniejszym wnioskiem, jaki wynika z analizy tych tropów jest możliwość określenia wielkości grup rodzinnych składających się na populacje neandertalskie. Licząc odciski pozostawione przez różnych osobników w tym samym czasie ustalono, że grupy te były niewielkie i składały się średnio z 10-13 osobników, w ogromnej większości młodocianych. Ponieważ dotąd prawie żadne ze stanowisk neandertalskich nie zawierało nagromadzeń kości tak wielu osobników więc można uznać, że to pierwszy przypadek, gdy taka analiza staje się możliwa. W tym kontekście warto jednak zwrócić uwagę na dwa stanowiska, oba z Hiszpanii, z wielką ilością kostnych szczątków: to jaskinie El Sidrón w Asturii i Sima de los Huesos w górach Atapuerca. W tej pierwszej znaleziono liczące sobie ok. 49 tys. lat szczątki co najmniej 13 osobników, w tym trzech dorosłych mężczyzn, trzech nastoletnich chłopców, czterech kobiet i trojga dzieci, w tej drugiej odkopano w głębokiej studni ponad 5500 praludzkich szczątków sprzed ponad 350 tys. lat należących do co najmniej 28 osobników, o niepewnej przynależności gatunkowej, choć z pewnością bliskich neandertalczykom. Nie ma jednak pewności czy oba te przypadki zarejestrowały synchroniczne wydarzenia, więc trudno z nich wnioskować o liczebności tamtejszych grup ludzkich. Znacznie ciekawsze są rezultaty badań paleogenetycznych tych szczątków – w obu przypadkach udało się bowiem wyekstrahować kopalne geny – ale to już zupełnie inna historia.

    Co więc wynika z odkrycia w Le Rozel? Jakie jest jego znaczenie dla nauki? Wbrew pozorom, niewielkie i nasza wiedza o biologii i życiu społecznym neandertalczyków pozostaje w zasadzie na tym samym poziomie, co dotychczas. Zacznijmy od anatomii. To, że neandertalskie stopy bardzo przypominały ludzkie, nie może być zaskoczeniem – wiedzieliśmy to na podstawie zachowanych ich kości, a także z faktu niezwykle bliskiego pokrewieństwa neandertalczyków i Homo sapiens (niektórzy łączą ich nawet w jeden wspólny gatunek). Ciekawsze, że chodzili boso, ale i to było wiadomo z analiz wcześniejszych neandertalskich tropów, w poza tym nie jest jasne, czy nie zależało to od pory roku – tropy z Le Rozel pozostawiono na nadmorskich piaskach, gdzie i dziś, na plażach, przeważają latem nieobute stopy. Pozostaje możliwość oszacowania wielkości grup neandertalskich, ale i tu wątpliwości przeważają nad pewnikami: fakt niezwykłej nadreprezentacji dzieci i młodzieży nie musi oznaczać wielkiej dzietności tamtejszej populacji, a jedynie fakt, że dorośli znajdowali się gdzie indziej i zajęci byli własnymi sprawami. W końcu liczne znaleziska w Le Rozel obrobionych kości zwierzęcych, narzędzi i ślady ognisk wskazują, że było to miejsce wytężonej pracy, na którą młodzież mogła nie mieć ochoty lub nie była do niej dopuszczana. Ciekawsze byłoby uznanie, że oto odkryliśmy coś na kształt neandertalskiego przedszkola, ale taki wniosek wymagałby ogromnej wyobraźni i przede wszystkim mocnych dowodów, a tych brak. Zwraca się też uwagę, że najdłuższy z zachowanych odcisków wskazuje na wysokość osobnika rzędu ponad 180 cm, co przeczyłoby powszechnemu przekonaniu, że neandertalczycy byli bardziej krępi i niżsi od ludzi współczesnych, ale przecież chodzi tu tylko o jednego osobnika, więc trudno o wnioski dotyczące całej populacji (wśród ludzi współczesnych też nie wszyscy są predestynowani do gry w koszykówkę). W sumie na razie mamy bardzo rzadkie i ciekawe stanowisko, z którego jednak jak na razie niewiele wynika.

    dr Marcin Ryszkiewicz

    Gdzie był Eden?

    Gdzie był Eden?

    Artykuł popularnonaukowy dr. Marcina Ryszkiewicza

    Według Biblii człowiek narodził się w Edenie, czyli raju, który był różnie umiejscawiany, ale zwykle gdzieś na terenie Bliskiego Wschodu, gdyż z czterech rzek, które miały z niego wypływać, dwie identyfikowano jako Tygrys i Eufrat. Oczywiście biblijna wersja powstania człowieka nie jest od dawna uważana za wiarygodne źródło wiedzy, ale przez długi czas myśl, że człowiek powstał w jakimś szczególnym miejscu była popularna, zarówno w czasach przed i po darwinowskich. I, jak się niedawno okazało, bywa popularna i dziś. Choć dziś lokalizacja Edenu się zmieniła.

    Uczonym, który w przeddarwinowski czasach najbardziej przyczynił się do skodyfikowana całej ludzkości był niemiecki antropolog Johann Blumenbach (1752-1840), posiadacz największej kolekcji ludzkich czaszek ze wszystkich kontynentów i autor ich naukowej analizy i pomiarów (był ojcem kraniometrii). To między innymi na tej podstawie Blumenbach podzielił nasz gatunek na pięć głównych ras, z których każda zamieszkiwać miała odrębny ląd i każda charakteryzowała się własnym kolorem skóry. Stąd ich podwójna, geograficzno-kolorystyczna nomenklatura:

    1. Rasa kaukaska albo biała – Europa, Bliski Wschód i północna Afryka;
    2. Mongolska, albo żółta – wschodnia Azja;
    3. Etiopska, albo czarna – subsaharyjska Afryka;
    4. Malajska, albo brązowa – południowo-wschodnia Azja i wyspy Pacyfiku;
    5. Amerykańska, albo czerwona – autochtoniczni mieszkańcy obu Ameryk, czyli Indianie.

    Ten ustalony przez Blumenbacha podział, wciąż używany w języku potocznym (choć już nie w dyskursie naukowym, gdzie samo pojęcie ras ludzkich jest mocno kwestionowane) był później wielokrotnie dyskutowany i uściślany – szczególnie debatowano nad statusem rasy czerwonej, którą często łączono wspólnie z żółtą, zastanawiano się czy rasa brązowa zasługuje na odrębne wydzielenie i podnoszono brak w tym spisie tubylczych ludów Australii i Nowej Gwinei, którzy „kolorystycznie” niczym nie ustępują Afrykanom i w dodatku też mieli w posiadaniu cały odrębny kontynent.

    Tu jednak warto zwrócić uwagę na co innego, a mianowicie swoiste ewolucyjne podejście Blumenbacha, który jedną z ras uważał za pierwszą i oryginalną, a pozostałe za produkt modyfikacji pod wpływem lokalnych warunków, a więc adaptacji, co Blumenbach określił mianem degeneracji. Tą pierwszą i oryginalną rasą miała być rasa kaukaska, a jej dzisiejszymi przedstawicielami biali Europejczycy i ich potomkowie na wszystkich kontynentach.

    Dlaczego jednak Blumenbach zaliczył Europejczyków do rasy kaukaskiej (a nie europejskiej) skoro w czasach Blumenbacha Kaukazu w ogóle do Europy nie zaliczano, a i dziś tylko ich część formalnie do tego kontynentu należy? I tak wracamy do pojęcia centrum stworzenia, czyli miejsca gdzie dany gatunek się narodził. Blumenbach tak wyjaśnił motywy swej decyzji: „nazwę tej odmiany człowieka przyjąłem od gór Kaukazu, gdyż to tam, zwłaszcza na ich południowym stoku, żyje najpiękniejsza rasa człowieka, czyli Gruzini”. A pierwsi ludzie – w Edenie – musieli być najdoskonalsi.

    Dziś koncepcja Blumenbacha jest zupełnie zapomniana, choć sformułowanie „rasa kaukaska” przetrwało. Teoria ewolucji Darwina zakwestionowała samo pojęcie centrum stworzenia, gdyż gatunki miały powstawać drogą przekształcania się dużych populacji, a te zajmowały nieraz znaczne obszary, a nie punkty na mapie. A i obszar, gdzie narodziła się nasza linia rodowa (nie gatunek) lokalizowano już gdzie indziej. Sam Darwin, umiejscawiał go w Afryce, bo tu mieszkają nasi najbliżsi biologiczni kuzyni (szympans i goryl), inni optowali za Azją (gibony lub orangutany), niekiedy tylko w odniesieniu do rasy białej (to tak zwani poligeniści, którzy uważali, że różne rasy ludzkie mogą pochodzić od różnych przodków), wreszcie w bliższych nam czasach znów zwrócono się ku Afryce jako kolebce zarówno całej naszej linii rodowej (homininów), jak i samego naszego gatunku (Homo sapiens), który wedle dominującej do niedawna koncepcji miał narodzić się w Afryce wschodniej przed około 200 tys. lat i stąd około 50 tys. lat temu zacząć kolonizację całego świata.

    Badania genetyczne, zarówno genów współczesnych jak i „kopalnych”(pozyskiwanych ze skamieniałości) wiele zmieniły i uściśliły w tym względzie. Okazało się więc, po pierwsze, że wszyscy ludzie współcześni wywodzą się rzeczywiście z Afryki, bo tu zróżnicowanie genetyczne jest największe, a wszyscy nie-Afrykanie to genetycznie tylko niewielki fragment tej genetycznej różnorodności, którą w Afryce spotykamy. Po drugie badanie genów przekazywanych tylko przez kobiety (mitochondrialnych – mtDNA), lub tylko przez mężczyzn (chromosom Y) pokazały, że wszystkie linie żeńskie zbiegają się do Afryki, gdzie ok. 180 tys. lat temu, miała żyć pramatka wszystkich dzisiejszych ludzi („Ewa mitochondrialna”), a wszystkie linie męskie też wywodzą się z Afryki i prowadzą do „Adama chromosomu Y”, choć Adam żył później i pewnie na innym terenie niż Ewa. Po trzecie wreszcie okazało się, że genetycznie najprymitywniejszymi Afrykanami (czyli takimi, którzy mają najstarsze linie mtDNA i chromosomy Y) są żyjące na południu kontynentu plemiona Khoisan (dawniej Buszmeni i Hotentoci) oraz Pigmeje z dżungli tropikalnej w basenie rzeki Kongo. A w końcu, w artykule, który się niedawno ukazał (V. Hayes i in. „Human origins in a southern African palaeo-wetland and first migrations”, Nature, vol. 575, s. 185–189, 2019) wskazano konkretne miejsce, z którego nasz gatunek się wywodzi.

    Tym miejscem jest ogromna kotlina zwana Makgadikgadi Pans będąca dnem dawnego słonego jeziora, największego kiedyś śródlądowego zbiornika Afryki, rozciągająca się dziś na obszarze 15,5 tys km2. Na zdjęciach lotniczych widać ciągnące się kilometrami linie wielkich uskoków wskazujących na burzliwą przeszłość tego terenu, w wyniku której cały ten obszar został rozbity na mozaikę odrębnych rozlewisk otaczanych bujną roślinnością. Był to więc bogaty świat zamieszkały przez rzesze zwierząt, a wśród nich i przedstawicieli homininów. Według australijskiej genetyczki Vanessy Hayes to tu właśnie narodzili się przodkowie wszystkich żyjących dziś ludzi. Tu był Eden.

    Ten wniosek wynika z badań DNA autochtonicznych mieszkańców tych ziem, słabo przebadanej, ale nadzwyczaj ciekawej pod względem genetycznym, kulturowym i językowym (używane przez nich języki mlaskowe uważane są przez lingwistów za najbardziej zbliżone do najwcześniejszych języków używanych przez ludzi) populacji ludzkich na Ziemi. Zespół Hayes przebadał najbogatszą jak dotąd próbę 1217 przedstawicieli ludu San, a otrzymane dane przedstawił w postaci drzewa rodowego, którego interpretacja wskazuje, że ludzie współcześni narodzili się przed około 200 tys. lat gdzieś na brzegach prajeziora, trzymali się jego sąsiedztwa przez następne 70 tys. lat, by potem dość szybko rozejść się we wszystkie strony Afryki, a w końcu jedna z ich grup potomnych opuściła ten kontynent zasiedlający pozostałe lądy.

    Tezy Hayes spotkały się ze zmasowaną krytyką jej zawodowych kolegów. Zarzucano jej, że swoją analizę oparła na niewielkim wycinku naszego genetycznego dziedzictwa, że mtDNA, które stanowi niecały promil ludzkiego genomu, jest dziedziczony wyłącznie po kądzieli i nie pokazuje całej złożonej natury naszych losów (każdy z genów jądrowych ma swoją własną i zwykle sięgającą dużo głębiej w przeszłość historię). Krytykowano też, że nie wzięła pod uwagę genów „kopalnych”, a wreszcie i materiału archeologicznego sugerującego, że nasz gatunek mógł powstać dawniej i gdzie indziej. I wreszcie, że przywołując „centrum stworzenia” człowieka ignoruje popularną ostatnią hipotezę afrykańskiego multiregionalizmu, według której w ciągu ostatnich kilkuset tysięcy lat Afrykę zamieszkiwało wiele populacji o niejasnej przynależności taksonomicznej, ale krzyżujących się między sobą, więc nasza historia nie ma (i nie może mieć) charakteru jednej linii rodowej zakorzenionej w ściśle określonym miejscu, lecz przypomina rozgałęziony krzew, którego gałęzie są splątane i mogą w dodatku dzielić się sokami.

    Kto ma rację? Paradoksalnie wydaje się, że obie strony. W początkach historii naszego gatunku w Afryce istniało wiele odrębnych populacji i model afrykańskiego multiregionalizmu dobrze opisuje tę sytuację. Z drugiej strony wszyscy żyjący dziś ludzie są genetycznie bardzo jednorodni i wydaje się, że pochodzą od jednego przodka. Możliwe więc, że botswański Eden na brzegach dawnego jeziora istniał naprawdę i tam sięgają korzenie wszystkich żyjących dziś ludzi, a pozostałe populacje, które również przyczyniły się do powstania naszego gatunku, nie pozostawiły po sobie genetycznego dziedzictwa, choć mogły – co bardzo prawdopodobne – przetrwać w językowych i kulturowych wynalazkach, przejętych przez sąsiadów. Niewykluczone więc, że wszyscy jesteśmy potomkami dawnych mieszkańców Botswany.

    dr Marcin Ryszkiewicz

    Ołówek a geologia

    Ołówek a geologia

    Trochę patetyczny tytuł. Przecież jak wygląda ołówek wie każdy – drewniany, plastikowy automatyczny czy elegancki metalowy – to tylko forma. Treść jest taka sama. Ma pisać lub rysować i o co tu robić szum. A jednak może warto spojrzeć na „zwykły” ołówek w nieco inny sposób. Żeby mógł spełniać swoją rolę musi mieć możliwość pozostawiania śladu na papierze. Do tego służy miękki, srebrzysto-czarny rdzeń – pręcik, opakowany w drewno lub inny materiał, który podczas pisania ściera się i zostawia ślad na różnych powierzchniach. I tu docieramy do geologii. Polska nazwa „ołówek” pochodzi bowiem od pierwiastka ołowiu, z którego (czasem w stopie z cyną) już w starożytnym Egipcie formowano sztyfty służące do pisania. Natomiast nazwa najważniejszej części współczesnego ołówka nieprzypadkowo jest identyczna z nazwą minerału „grafitu”, mającego rodowód w grece (graphein = pisać). Ten ostatni, po odkryciu w Anglii w XVI wieku złóż czystego grafitu, zastąpił bowiem ołów.

    Czytaj więcej… Ołówek a geologia [pdf]

    Przełomowe odkrycie polskich paleontologów

    Przełomowe odkrycie polskich paleontologów

    W dniu 25 października 2019 r. w PAN Muzeum Ziemi w trakcie Konferencji Prasowej zostało ogłoszone przełomowe odkrycie polskich paleontologów, którego dokonał dr Daniel Tyborowski oraz jego zespół. Gwoździem programu była oficjalna prezentacja jednego z największych drapieżników jaki kiedykolwiek żył na terenie Polski!

    Doskonale zachowane skamieniałości wielkich gadów morskich z ery dinozaurów, spośród których najciekawsze są największe drapieżniki jakie kiedykolwiek żyły na terenie Polski, odkrył we wsi Krzyżanowice koło Iłży dr Daniel Tyborowski z Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Nauk.

    „Podczas badań terenowych na nowym stanowisku paleontologicznym Krzyżanowice koło Iłży (północno-wschodnie obrzeżenie Gór Świętokrzyskich) odkryliśmy kilkaset szczątków kostnych sprzed 152 milionów lat (późna jura), które wykazują podobieństwo do gadów znanych ze słynnych stanowisk paleontologicznych z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii czy Rosji” – powiedział dr Daniel Tyborowski.

    Skały wapienne występujące w nowym polskim stanowisku są datowane na epokę późnojurajską (152 miliony lat = późny kimeryd) – ich wiek oszacowano na podstawie skamieniałości. Grupa naukowców kierowana przez dr. Tyborowskiego odnalazła w nich zarówno rodzaje gadów zbliżone do występujących w Europie Południowej i Zachodniej, jak również takie, które spotyka się w Arktyce i Rosji.

    Około 152 miliony lat temu w umiarkowanie chłodnym i niezbyt głębokim późnojurajskim morzu bujnie rozwijały się organizmy zasiedlające strefę dna i toni wodnej. Wśród najliczniejszych znajdowały się misternie ornamentowane muszle olbrzymich ślimaków, które stanowiły podstawę tutejszego łańcucha pokarmowego. Największe z nich swą długością dochodziły do 30 centymetrów! Zwierzętami, które polowały na duże ślimaki były pierwotne żółwie morskie. Ich pancerze to najczęściej spotykane szczątki kostne w nowym stanowisku. W poszukiwaniu zdobyczy odmęty toni wodnej dostojnie penetrowały drapieżne gady morskie. Były wśród nich długoszyje elasmozaury oraz przodkowie współczesnych krokodyli, którzy dorastali do 7 metrów długości. Na szczycie łańcucha pokarmowego stały pliozaury – prawdziwe jurajskie superdrapieżniki. Odnalezione szczęki i zęby tych gadów świadczą o tym, że były to największe drapieżniki jakie kiedykolwiek żyły na terenie Polski!

    Nowe stanowisko w Krzyżanowicach jest na tyle bogate, że do jego badania niezbędne było stworzenie interdyscyplinarnego zespołu, kierowanego przez dr. Daniela Tyborowskiego. W jego skład wchodzą dr hab. Błażej Błażejowski z Instytutu Paleobiologii PAN,  prof. Andrzej Wierzbowski z Wydziału Geologii UW, prof. Bronisław A. Matyja z Wydziału Geologii UW oraz dr hab. Hubert Wierzbowski z Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie.

    Pierwsze badania na stanowisku w Krzyżanowicach prowadzili badacze z Polskiej Akademii Nauk już w latach 60 XX. W tym czasie zespół pod kierownictwem prof. Zofii Kielan-Jaworowskiej, w składzie: dr hab. Teresa Maryańska, dr Gwidon Jakubowski oraz prof. Magdalena Borsuk-Białynicka, odnalazł szczątki kostne należące do żółwi i pliozaurów, które znajdują się w zbiorach Muzeum Ziemi w Warszawie.

    Przyszłe badania paleontologiczne i geologiczne skamieniałości z Krzyżanowic kierowane będą przez Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Pierwszym efektem prac naukowców jest dostępna on-line publikacja w prestiżowym periodyku naukowym „Proceedings of the Geologists’ Association”, dotycząca przedstawienia nowej fauny gadów jurajskich na tle innych stanowisk z wielkimi gadami z Europy. Autorami publikacji są dr Daniel Tyborowski oraz dr hab. Błażej Błażejowski.

    Polska Agencja Prasowa – materiał filmowy

    Program Pierwszy Polskiego Radia – audycja radiowa

     

    ▶️ CAŁY ŚWIAT MÓWI O ODKRYCIU POLSKICH PALEONTOLOGÓW

     

    Fot. Darek Nast

    Następna strona »